sobota, 22 grudnia 2018

Moje życie z Gwiazdą, część trzecia


Niepostrzeżenie minął właśnie rok od poprzedniego „raportu z eksploatacji” mojej 190tki. Co się w tym czasie wydarzyło? Całkiem sporo, ale o tym przeczytacie poniżej. Zapraszam!

Najbardziej zauważalne zmiany jakie zaszły w ciągu tego okresu to nowy przedni zderzak, pojawienie się pomarańczowych kierunkowskazów oraz powrót oryginalnych lamp tylnych. Do montażu tych ostatnich zostałem przekonany podczas kontroli drogowej pod koniec ubiegłego roku (kilka dni po publikacji części drugiej). Policja przeprowadzała wówczas swoją wersję akcji „Zabierz babci dowód”, tylko że tym razem nie zabierano dowodów osobistych, a rejestracyjne, nie osobom starszym, a starszym samochodom. Funkcjonariusze dziarsko zatrzymywali do kontroli każdy starszy wóz, bez wyjątku. W naszym przypadku policjant nie zajrzał nawet pod maskę, zwrócił uwagę na „za ciemne” tylne lampy (mimo że firmowe, homologowane i jeżdżące na tym aucie od lat – przynajmniej jeszcze u poprzedniego właściciela) oraz luz na lewym przednim kole („wykryty” organoleptycznie, poprzez złapanie koła – bez znaczenia pozostał fakt, że ruch kołem przekładał się na kierownicę). Próba racjonalnej rozmowy zakończyła się otrzymaniem pokwitowania zabranego dowodu wraz z adnotacją o zakazie dalszego poruszania się pojazdem, ale co ciekawe – bez mandatu. Póki co jednak, zamknęliśmy wóz i wróciliśmy do domu drugim autem, którym w międzyczasie przyjechała moja Mama.

Wróciliśmy na miejsce po kilku godzinach, niedługo po nas przyjechała także zamówiona laweta. Gdy odwoziliśmy Szarego do garażu, z przeciwka minęła nas Kia ze spotkanym wcześniej funkcjonariuszem za kierownicą. W lusterku zauważyłem, że radiowóz od razu zawrócił i przez chwilę jechał za nami. Widać policjant musiał się upewnić, że na lawecie jedzie ten sam samochód, do którego dowód rejestracyjny ma w kieszeni.

Po raz pierwszy w życiu musiałem skorzystać z usług lawety. I to do sprawnego wozu.
Styczeń upłynął nam pod znakiem „prac konserwatorskich” – przy okazji usunięcia „usterek” wskazanych w trakcie kontroli, postanowiliśmy poprawić też kilka innych niedoskonałości, nie dostrzeżonych przez drogówkę. Przede wszystkim należało wyspawać wewnętrzne nadkola w okolicy przednich kielichów i pod lewym reflektorem. Po podniesieniu auta odkryliśmy, że lewa sprężyna jest pęknięta, więc do listy napraw trzeba było dodać jeszcze wymianę przednich sprężyn. Na koniec doszedł nowy zderzak, który nadal jest tylko w podkładzie (dzięki szaremu lakierowi nadwozia, nie rzuca się to aż tak w oczy).

W związku z poczynionymi „inwestycjami” zbliżającymi stan Szarego do ideału, w mojej głowie zrodził się pomysł zarejestrowania go na „żółte blachy”. Okazało się, że spóźniłem się… o miesiąc. Wraz z początkiem 2018 r. zmieniły się kryteria wpisania auta do ewidencji zabytków i odtąd musi mieć 30, a nie 25 lat. Przynajmniej w Warszawie, bo „gdzieś w Polsce” nadal można zarejestrować młodszy wóz na zabytek i to bez pośrednictwa muzeum. Ale ostatecznie nie zależało mi na tym na tyle, żeby zgłębiać temat. Zacząłem jednak (we własnym zakresie) przygotowania do wypełnienia tzw. białej karty (która póki co trafiła „do szuflady”) i trafiłem na rzetelny dekoder numeru nadwozia oraz pozycję Order Location, w której widnieje „Company employee”. Wynika z tego, że Szary został zamówiony przez pracownika sieci dealerskiej Mercedesa w Niemczech (inne źródło twierdzi, że chodzi o pracownika samej centrali w Stuttgarcie).

My się zimy nie boimy
W marcu przydarzyła mi się pierwsza (i jak na razie jedyna) prawdziwa awaria na drodze, która jednakowoż nie spowodowała bezpośredniego unieruchomienia wozu. Korzystając z padającego śniegu (jak się okazało – ostatniego tamtej zimy), udałem się w celach wiadomych na pobliski duży, pusty parking. Zabawa nie trwała długo – już przy pierwszym mocniejszym dodaniu gazu, na desce rozdzielczej rozbłysła choinka. Nie ukrywam, byłem mocno skonsternowany – w końcu bliżej było Wielkanocy niż Bożego Narodzenia. Szybkie zgooglowanie objawów – padł alternator. No i musiałem przymusowo wracać. Kilka dni później, gdy resztki śniegu spłynęły do studzienki, na parkingu przed blokiem wyjęliśmy z auta alternator, a cała operacja zajęła parę chwil (zalety stosunkowo niedużego, wzdłużnie umieszczonego silnika – dostęp do osprzętu pod maską jest bardzo dobry). Diagnoza: zużyte szczotki i łożyska oraz pęknięta obudowa. 300 złotych później, zregenerowany element był już zamontowany.

Kończąc temat napraw,  w opisywanym okresie ujawniły się jeszcze dwie usterki: czasami (zwłaszcza w wilgotne dni) wolne obroty zaczynały falować, a silnik nie pracował na wszystkich cylindrach. Pomogła wymiana przewodów wysokiego napięcia.  Drugim problemem był brak świateł drogowych – uszkodzony przełącznik zamiast włączać długie, wyłączał światła w ogóle. „Mrugnięcie” nie dawało żadnej reakcji. Zakup używanej części za 50 zł rozwiązał sprawę.

Sezon 2018 upłynął nam pod znakiem organizowania rajdów turystycznych (i jednego startu jako uczestnik - ponownie 2. miejsce). W tym roku zrobiliśmy aż 5 imprez, z czego 3 stanowiły kolejne rundy Mistrzostw Okręgu Warszawskiego Pojazdów. Najważniejszą dla mnie był Rajd Łosia, który odbył się 30 czerwca. Jako pomysłodawca trasy i główny organizator musiałem przemienić Szarego w mobilne centrum zarządzania kryzysowego i magazyn w jednym. W bagażniku oraz na tylnej kanapie (załadowanej po dach) znalazły się skrzynki z prowiantem dla uczestników oraz sprzętem. Na fotelu pasażera i przed nim wylądowała torba z laptopem, niewykorzystane zestawy startowe oraz puchary i statuetki dla zwycięzców. Wóz spisał się wyśmienicie.

Wóz techniczny w pełnej krasie. To tylko część tego, co upchnąłem do środka. Fot. Niasiowa
Od czasu poprzedniego wpisu, na liczniku Szarego przybyło ponad 7000 km. Tym razem nie było już tak bezawaryjnie, ale jak na 27-letni samochód, który dawno już przekroczył 300.000 km przebiegu, uważam że nadal nie jest źle. Ze względu na naprawy wykonywane we własnym zakresie, przy usuwaniu usterek uwzględniam jedynie ceny części, dzięki czemu koszty eksploatacji nie porażają. W ciągu tego roku zmienił się też mój sposób użytkowania wozu – większość dystansu pokonuję w ramach jazdy podmiejskiej trasami szybkiego ruchu, na stosunkowo krótkich odcinkach (ok. 25 km w jedną stronę) oraz nieco częściej jeżdżę po mieście, przebijając się z jednego końca stolicy na drugi. W związku z tym średnie zużycie paliwa wzrosło i obecnie wynosi ok. 9,3 l/100 km.

Dalsze plany? Póki co – przejeździć spokojnie zimę, a na wiosnę… Być może zacznę szukać „nowego domu” dla Szarego. To świetny samochód, ale zaczynam mieć ochotę na coś nowego - starszego... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz