Niepostrzeżenie
minął właśnie rok od poprzedniego „raportu z eksploatacji” mojej 190tki. Co się
w tym czasie wydarzyło? Całkiem sporo, ale o tym przeczytacie poniżej.
Zapraszam!
Najbardziej
zauważalne zmiany jakie zaszły w ciągu tego okresu to nowy przedni zderzak, pojawienie się pomarańczowych kierunkowskazów oraz powrót
oryginalnych lamp tylnych. Do montażu tych ostatnich zostałem przekonany podczas kontroli
drogowej pod koniec ubiegłego roku (kilka dni po publikacji części drugiej). Policja przeprowadzała wówczas swoją wersję akcji „Zabierz babci
dowód”, tylko że tym razem nie zabierano dowodów osobistych, a rejestracyjne,
nie osobom starszym, a starszym samochodom. Funkcjonariusze dziarsko
zatrzymywali do kontroli każdy starszy wóz, bez wyjątku. W naszym przypadku
policjant nie zajrzał nawet pod maskę, zwrócił uwagę na „za ciemne” tylne lampy
(mimo że firmowe, homologowane i jeżdżące na tym aucie od lat – przynajmniej
jeszcze u poprzedniego właściciela) oraz luz na lewym przednim kole („wykryty”
organoleptycznie, poprzez złapanie koła – bez znaczenia pozostał fakt, że ruch
kołem przekładał się na kierownicę). Próba racjonalnej rozmowy zakończyła się
otrzymaniem pokwitowania zabranego dowodu wraz z adnotacją o zakazie dalszego
poruszania się pojazdem, ale co ciekawe – bez mandatu. Póki co jednak,
zamknęliśmy wóz i wróciliśmy do domu drugim autem, którym w międzyczasie
przyjechała moja Mama.
Wróciliśmy na
miejsce po kilku godzinach, niedługo po nas przyjechała także zamówiona laweta.
Gdy odwoziliśmy Szarego do garażu, z przeciwka minęła nas Kia ze spotkanym
wcześniej funkcjonariuszem za kierownicą. W lusterku zauważyłem, że radiowóz od
razu zawrócił i przez chwilę jechał za nami. Widać policjant musiał się
upewnić, że na lawecie jedzie ten sam samochód, do którego dowód rejestracyjny
ma w kieszeni.
![]() |
| Po raz pierwszy w życiu musiałem skorzystać z usług lawety. I to do sprawnego wozu. |
Styczeń
upłynął nam pod znakiem „prac konserwatorskich” – przy okazji usunięcia
„usterek” wskazanych w trakcie kontroli, postanowiliśmy poprawić też kilka
innych niedoskonałości, nie dostrzeżonych przez drogówkę. Przede wszystkim
należało wyspawać wewnętrzne nadkola w okolicy przednich kielichów i pod lewym
reflektorem. Po podniesieniu auta odkryliśmy, że lewa sprężyna jest pęknięta,
więc do listy napraw trzeba było dodać jeszcze wymianę przednich sprężyn. Na
koniec doszedł nowy zderzak, który nadal jest tylko w podkładzie (dzięki
szaremu lakierowi nadwozia, nie rzuca się to aż tak w oczy).
W związku z
poczynionymi „inwestycjami” zbliżającymi stan Szarego do ideału, w mojej głowie
zrodził się pomysł zarejestrowania go na „żółte blachy”. Okazało się, że
spóźniłem się… o miesiąc. Wraz z początkiem 2018 r. zmieniły się kryteria
wpisania auta do ewidencji zabytków i odtąd musi mieć 30, a nie 25
lat. Przynajmniej w Warszawie, bo „gdzieś w Polsce” nadal można zarejestrować
młodszy wóz na zabytek i to bez pośrednictwa muzeum. Ale ostatecznie nie
zależało mi na tym na tyle, żeby zgłębiać temat. Zacząłem jednak (we własnym
zakresie) przygotowania do wypełnienia tzw. białej karty (która póki co trafiła
„do szuflady”) i trafiłem na rzetelny dekoder numeru nadwozia oraz pozycję Order
Location, w której widnieje „Company employee”. Wynika z tego, że Szary został
zamówiony przez pracownika sieci dealerskiej Mercedesa w Niemczech (inne źródło
twierdzi, że chodzi o pracownika samej centrali w Stuttgarcie).
| My się zimy nie boimy |
W marcu
przydarzyła mi się pierwsza (i jak na razie jedyna) prawdziwa awaria na drodze,
która jednakowoż nie spowodowała bezpośredniego unieruchomienia wozu.
Korzystając z padającego śniegu (jak się okazało – ostatniego tamtej zimy),
udałem się w celach wiadomych na pobliski duży, pusty parking. Zabawa nie
trwała długo – już przy pierwszym mocniejszym dodaniu gazu, na desce
rozdzielczej rozbłysła choinka. Nie ukrywam, byłem mocno skonsternowany – w
końcu bliżej było Wielkanocy niż Bożego Narodzenia. Szybkie zgooglowanie
objawów – padł alternator. No i musiałem przymusowo wracać. Kilka dni później,
gdy resztki śniegu spłynęły do studzienki, na parkingu przed blokiem wyjęliśmy
z auta alternator, a cała operacja zajęła parę chwil (zalety stosunkowo
niedużego, wzdłużnie umieszczonego silnika – dostęp do osprzętu pod maską jest
bardzo dobry). Diagnoza: zużyte szczotki i łożyska oraz pęknięta obudowa. 300
złotych później, zregenerowany element był już zamontowany.
Kończąc temat
napraw, w opisywanym okresie ujawniły
się jeszcze dwie usterki: czasami (zwłaszcza w wilgotne dni) wolne obroty
zaczynały falować, a silnik nie pracował na wszystkich cylindrach. Pomogła
wymiana przewodów wysokiego napięcia. Drugim
problemem był brak świateł drogowych – uszkodzony przełącznik zamiast włączać
długie, wyłączał światła w ogóle. „Mrugnięcie” nie dawało żadnej reakcji. Zakup
używanej części za 50 zł rozwiązał sprawę.
Sezon 2018
upłynął nam pod znakiem organizowania rajdów turystycznych (i jednego startu jako uczestnik - ponownie 2. miejsce). W tym roku
zrobiliśmy aż 5 imprez, z czego 3 stanowiły kolejne rundy Mistrzostw Okręgu
Warszawskiego Pojazdów. Najważniejszą dla mnie był Rajd Łosia, który odbył się
30 czerwca. Jako pomysłodawca trasy i główny organizator musiałem przemienić
Szarego w mobilne centrum zarządzania kryzysowego i magazyn w jednym. W
bagażniku oraz na tylnej kanapie (załadowanej po dach) znalazły się skrzynki z
prowiantem dla uczestników oraz sprzętem. Na fotelu pasażera i przed nim
wylądowała torba z laptopem, niewykorzystane zestawy startowe oraz puchary i
statuetki dla zwycięzców. Wóz spisał się wyśmienicie.
| Wóz techniczny w pełnej krasie. To tylko część tego, co upchnąłem do środka. Fot. Niasiowa |
Od czasu
poprzedniego wpisu, na liczniku Szarego przybyło ponad 7000 km. Tym razem nie
było już tak bezawaryjnie, ale jak na 27-letni samochód, który dawno już
przekroczył 300.000 km przebiegu, uważam że nadal nie jest źle. Ze względu na
naprawy wykonywane we własnym zakresie, przy usuwaniu usterek uwzględniam
jedynie ceny części, dzięki czemu koszty eksploatacji nie porażają. W ciągu
tego roku zmienił się też mój sposób użytkowania wozu – większość dystansu
pokonuję w ramach jazdy podmiejskiej trasami szybkiego ruchu, na stosunkowo
krótkich odcinkach (ok. 25 km w jedną stronę) oraz nieco częściej jeżdżę po
mieście, przebijając się z jednego końca stolicy na drugi. W związku z tym
średnie zużycie paliwa wzrosło i obecnie wynosi ok. 9,3 l/100 km.
Dalsze plany? Póki co – przejeździć spokojnie zimę, a na wiosnę… Być może zacznę szukać „nowego domu” dla Szarego. To świetny samochód, ale zaczynam mieć ochotę na coś nowego - starszego...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz