niedziela, 30 września 2018

Kupiłem Gruchota



Na mojej liście (realnych) samochodowych marzeń od dawna była Skoda 105/120. Wiem, słowa „marzenie” i „Skoda” w jednym zdaniu wyglądają dziwnie, ale cóż na to poradzę. Po prostu chciałem się przekonać, jak jeździ ostatnie tylnosilnikowe auto z fabryki w Mlada Boleslav. Za wyborem Skody przemawiały ponadto realia naszego „rynku” – podczas gdy samochody z Żerania już dawno „odleciały”, oferując nieakceptowalny stosunek ceny do stanu (o Maluchach nie wspominam, bo mam już trzy, więc kolejnego nie szukałem), Łady wyginęły (czyt. zostały reeksportowane na Wschód), a do Wartburga nigdy mnie nie ciągnęło, na polu walki została tylko Skoda, którą nadal można dostać w niezłym stanie i przystępnej cenie.

W tym sezonie razem z kol. Piotrem (twórcą Rajdu Rembertowskiego) postanowiliśmy połączyć nasze zainteresowania – robienie rajdów i sympatię do Fiatów 126p, co zaowocowało Turystycznym Pucharem 126p. Ostatnią rundą tegorocznych zmagań od samego początku miał być jesienny, graciarski rajd, który pod koniec sierpnia nabrał ostateczny kształt i nazwę – Rajd Gruchota. Choć każdemu z moich wozów mniej lub więcej brakuje do tzw. stanu idealnego, to jednak na miano „grata” żaden z nich również nie zasługuje. Dlatego w mojej głowie zrodził się pomysł zakupu jakiegoś gruchota, w sam raz na wóz organizatorski na wspomnianą imprezę.

W tym momencie opowieści pojawia się kol. Krzysztof (dawniej Krzysiek), który dzień po moim „postanowieniu” podesłał mi link do ogłoszenia ze Skodą 105L na żoliborskich tablicach WUO. Wóz był mi znany, ponieważ z racji czarnych blach, raz – w kwietniu 2016 r. – pojawił się na fejsbukowej grupie poświęconej tej tematyce. Podana przez właściciela cena idealnie mieściła się w przyjętym przeze mnie budżecie. Nie tracąc czasu, zadzwoniłem pod numer widniejący w ogłoszeniu. Po kilku sygnałach w słuchawce odezwał się głos sprzedającego. Jak to zwykle bywa, auto zostało mi przedstawione w samych superlatywach: zadbane, sprawne, jeszcze długo pojeździ, nic nie wymaga naprawy, wóz był garażowany i wiele lat temu przemalowany na obecny kolor, bo właścicielowi nie podobał się oryginalny. Oczywiście z rezerwą podszedłem do tych zapewnień (już same zdjęcia w ogłoszeniu sugerowały, że rzeczywistość odbiega od zapewnień sprzedającego), ale nie osłabiło to mojego zapału i umówiłem się na oglądanie auta na najbliższą niedzielę, z prośbą o „zarezerwowanie” Skody, na co mój rozmówca się zgodził.

I tak oto, w pochmurne niedzielne przedpołudnie udaliśmy się wraz z Piotrkiem i moim tatą w podróż Baleronem nad Zegrze, gdzie na swojej działce w sezonie letnim przebywali sprzedający oraz interesujący nas wehikuł. Już od pierwszej chwili telefoniczne zapewnienia właściciela zaczęły być negatywnie weryfikowane. Skoda może i owszem, była garażowana, ale co najwyżej zimą, bo zarówno nadwozie, plastikowe tablice rejestracyjne, jak i wnętrze nosiły na sobie ślady długotrwałego obcowania ze słońcem. Właśnie – nadwozie. Może i faktycznie ten kolor (zieleń z palety FSO, stosowana m.in. na Truckach) bardziej podobał się sprzedającemu, ale lakierowanie auta raczej nie było jedynie fanaberią, a zostało przeprowadzone przy okazji jakiejś naprawy blacharskiej, o czym w kilku miejscach świadczyła gruba warstwa szpachli, oczywiście popękanej. Mimo to nasz gospodarz przez cały czas utrzymywał, że auto jest w świetnym stanie i jeszcze długo pojeździ, nie trzeba nic robić, tylko olej by wypadało zmienić, bo już czas. Dopiero, gdy szerzej przedstawiliśmy mu nasze plany (udział w imprezach dla pojazdów zabytkowych), przyznał nam rację, że w takim przypadku, faktycznie, trochę uwagi by się autu przydało.

120L? Fejk! Fejk arabfki! Oryginalny emblemat podobno został skradziony, a tylko taki był pod ręką.
Przyszła kolej porozmawiania o cenie. Właściciel dokładał do Skody sporo części (nowych i używanych), a przez telefon zapewniał „że jak pan przyjedzie, to się co do ceny na pewno dogadamy”, jednak gdy przyszło co do czego, okazało się, że podana w ogłoszeniu kwota jest ostateczna. Pozostała ostatnia deska ratunku – od razu po dotarciu na miejsce dostrzegliśmy w rogu posesji pozastawianą różnym złomem przyczepkę typu SAM, więc nie wypadało nie zapytać i o nią. Usłyszeliśmy: „Aaa, też jest na sprzedaż, to właściwie zestaw jest ze Skodą, bo przyczepkę zrobili dla mnie koledzy z pracy, gdy odchodziłem na emeryturę, nawet koła ma te same” oraz cenę za całość, która była całkiem atrakcyjna, więc chwilę później siedziałem już na werandzie ze sprzedającym i spisywaliśmy umowy. Gdy właściciel Skody miał już pewność, że nie jesteśmy kolejnymi „zawracaczami głowy”, podzielił się z nami również kilkoma ciekawymi historiami. Opowiedział nam między innymi, jak wszedł w posiadanie 105tki. Dostał przydział na Malucha, jednak wóz został skradziony dzień po odebraniu z Polmozbytu. Pomimo złapania sprawców i osobistej interwencji (!) u ówczesnego szefa MSW, Fiacika nie udało się odzyskać. Za to ostatecznie naszemu rozmówcy udało się „wychodzić” przydział na Skodę. W związku z tą historią, mój nowy nabytek oprócz przydomku Gruchot, zyskał także imię Czesław.

Jak można by było rozdzielić taki zestaw?
Po podpięciu przyczepki i sprawdzeniu świateł, ruszyliśmy w drogę do domu. Układ kierowniczy wydawał się sztywny, nie czuć było luzów, a hamulce sprawnie zatrzymywały wóz, za to pojawił się ewidentny problem z przyspieszaniem. Maksymalna wartość, jaką zdołał pokazać GPS to 72 km/h i wyższej prędkości nie sposób było osiągnąć. Winnym okazał się... oberwany pedał gazu, który otwierał przepustnicę zaledwie na jakieś 30%. Nowa część okazała się nieosiągalna, ale swoją pomoc zaoferował mój dziadek, który dorobił nową blaszkę pasującą do otworu w tunelu środkowym oraz tulejkę, w której porusza się oś pedału. Po tygodniu od zakupu wóz był już wyczyszczony, zmontowany i wyregulowany, a w silniku krążył świeży olej. W międzyczasie oryginalne, plastikowe tablice rejestracyjne zastąpiłem „kontrowersyjnymi” zamiennikami za 19,99 zł/sztuka z Allegro. Owszem, takie tablice nie mają właściwych wymiarów, ale za to pasują do ramek (a chciałem założyć własne, Klubowe). Co ważniejsze są tanie i nie szkoda ich oddawać przy przerejestrowaniu auta. Poza tym zależało mi, żeby jak najszybciej „zabezpieczyć” oryginały, których stan mocno nadwerężyło słońce. Wiedziałem, że mój wybór wzbudzi dyskusję na wspomnianej wcześniej grupie na FB, jednak końcowy efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania – tablice Gruchota wywołały tzw. gównoburzę na fanpejdżu jedynego uznanego wytwórcy replik czarnych blach. Z kolei kol. PM po obejrzeniu Skody podczas Rajdu Gruchota na swojej stronie nazwał ją „śmiertelną pułapką”.

Jednak jak na „śmiertelną pułapkę”, Czesław zadziwiająco dobrze wypadł na ścieżce zdrowia podczas badania technicznego. Sprawność zawieszenia w normie, hamulce niemal „książkowe”, a w układzie kierowniczym brak jakiegokolwiek luzu. Przy okazji „wydało się”, że od poprzedniej wizyty na SKP wóz pokonał zaledwie 500 km (z czego 100 zrobiliśmy już my po zakupie). Nie pozostało zatem nic innego, jak nakręcać kolejne kilometry. W ciągu ostatnich dwóch tygodni udało mi się prawie wyrównać roczny przebieg u poprzedniego właściciela.


W tym czasie zrobiłem Skodą objazd trasy przed Rajdem Gruchota oraz (zgodnie z pierwotnym założeniem) służyła mi także w dniu imprezy. Wtedy właśnie przytrafiła się jedyna (jak dotąd) awaria – przytkała się główna dysza paliwowa. Szybki pitstop i auto popędziło na metę, w oczekiwaniu na pierwszych uczestników.

Na klepisku parkingowym pod pracą. Szarym tutaj nie wjeżdżam.
Mój Gruchot zawiózł mnie też kilka razy do pracy i z powrotem (trasa Bielany-Gocław-Bielany), co wiąże się z przebrnięciem przez zakorkowaną Wisłostradę. Niektórzy robią z jazdy „zabytkiem” prawdziwą celebrację, tymczasem ja po prostu rano pakowałem się do auta, przekręcałem kluczyk, rozrusznik zakręcił, silnik odpalił i ruszałem do pracy. Bez spektakularnych przygód. Ot, jak zwykłym samochodem, zupełnie jakby to była 2-letnia Octavia w leasingu, a nie 31-letnia 105tka. Przy okazji udało mi się obalić parę mitów, którymi przez lata obrosły tylnosilnikowe Skody:

1)     Pomimo zaledwie 45-konnego silnika dynamika nie jest wcale ujemna, w moim odczuciu lepsza niż w Maluchu (a przynajmniej porównywalna). Dość powiedzieć, że ze świateł udawało mi się ruszać jako pierwszy (ach ten Start-Stop w nowych autach...), a na trasie szybkiego ruchu wóz bez trudu osiąga przepisową prędkość. Co więcej! W warszawskich korkach stoi tak samo szybko jak najnowsze Cayenne.
2)   Pomimo jazdy z pustym przednim bagażnikiem (bo jest jeszcze tylny, za oparciem kanapy), ani razu nie zginąłem. Wciąż krąży miejska legenda o tym, jak to się wkładało płyty chodnikowe czy worki cementu, żeby dociążyć przód auta. Tymczasem pokonując ślimaki na Trasie Łazienkowskiej czy Moście „Grota” dotrzymywałem tempa innym uczestnikom ruchu i nie wylądowałem na barierkach.

Obecnie Skoda jest tymczasowo wyłączona z ruchu - zdecydowaliśmy się rozkuć popękaną na podszybiu szpachlę (pod nią okazała się być całkiem zdrowa blacha) i całość na nowo zabezpieczyć. Oprócz "poprawek blacharsko-lakierniczych", Czesław czeka także na dostawę kilku nowych części (m.in. tylnych sprężyn), które mam nadzieję w przyszłym tygodniu wreszcie dotrą i zostaną zamontowane, a wóz wróci na drogi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz