Co roku dla maluchowej
braci najważniejsze wydarzenie to Ogólnopolski Zlot. Za każdym razem jest on
organizowany w innym miejscu, zawsze w połowie sierpnia. Organizatora następnej
edycji przedstawiano na oficjalnym zakończeniu poprzedniej. Ubiegłoroczny, 14. „Ogólniak”
zakończył się jednak nietypowo – informacją, że do przygotowania następnego
zlotu zgłosiło się kilka grup i ostateczna decyzja zostanie podjęta później za
pośrednictwem forum.
Miesiące mijały, a w temacie 15. Ogólnopolskiego panowała cisza. Cała społeczność w napięciu oczekiwała jakichkolwiek wieści. Ja także z utęsknieniem czekałem na wiadomość o kolejnym „Ogólniaku”, gdyż mówiło się, że tym razem odbędzie się on dalej od stolicy. W końcu, na przełomie kwietnia i maja pojawiła się zapowiedź, że tegoroczny, nieoficjalny zlot odbędzie się w dniach 9-12 sierpnia w Giżycku. Nie kryłem podekscytowania – nareszcie czekała mnie dalsza wyprawa Maluchem, bo na poprzednie imprezy mogłem dojeżdżać z domu. W dodatku od mojej ostatniej wizyty w Krainie Tysiąca Jezior minęło już ładnych parę lat.
Ale dlaczego tegoroczny
zlot miał być „nieoficjalny”? Zamiast tradycyjnego organizatora jest
„konsultant” w postaci dobrze znanego w naszym środowisku Żurawia, a w całe
przedsięwzięcie aktywnie włączyli się właściciele kempingu Borowo oraz władze
miasta. Program imprezy miał być bardziej okrojony niż w minionych latach – nie
przewidziano prób sportowych czy rajdu turystycznego, za to główny nacisk
położono na integrację właścicieli „kaszlaków” oraz wystawę w giżyckiej
Ekomarinie.
Tym razem nie było wcześniejszych
zapisów na wydarzenie – numery zlotowe miały być wydawane zgodnie z kolejnością
przyjazdu. Pozostało jedynie wybrać środek transportu. Powinien być nim Mały
Fiat (to oczywiste), ale który? W tym sezonie, głównie dzięki wysiłkom mojego
Taty, wszystkie nasze trzy 126p są złożone i gotowe do drogi, więc nie było
łatwo się zdecydować. Na rajdy (ze względu na rocznik) jeżdżę Przejściówką ’85
i to właśnie nią początkowo chciałem jechać, ale... no właśnie, ten wóz ma
swoje humory. Mimo iż w ciągu ostatnich dwóch lat zostało wymienione w nim już
prawie wszystko i mechanicznie został doprowadzony do ładu, to jednak planowana
trasa prowadziła obok miejsca, w którym go kupiliśmy, więc kto wie?
Może Maluch coś sobie by „przypomniał” i postanowił się rozkraczyć w okolicy
Ostrowi Mazowieckiej? Odpada. FL? Po prawie czteroletnim postoju nie jest
jeszcze wystarczająco sprawdzony. Wybór padł więc na zaprawionego w bojach
Eleganta ’94, który jest już u nas od ponad 10 lat.
Dwa dni przed wyjazdem postanowiłem go rozruszać i
zrobić kilka kilometrów po okolicy... Niestety podchodząc do niego na parkingu
poczułem charakterystyczny zapach oleju przekładniowego i zobaczyłem plamę pod
samochodem... Oczywiście, pękła prawa osłona półosi. Na szczęście na następny
dzień mojemu niezastąpionemu Tacie udało się wziąć wolne i w czasie, gdy ja
siedziałem w pracy, on usprawnił Eleganta i wóz był ostatecznie gotowy do
drogi.
Naszą podróż
rozpoczęliśmy w czwartek o 8:15 sprzed Stadionu Narodowego. Następnie, mijając
pozostałości żerańskiej FSO, wjechaliśmy na trasę S8, która doprowadziła nas do
Ostrowi Mazowieckiej. Żeby nie być aż takim zawalidrogą, starałem się
utrzymywać stałą prędkość (wg GPS) 90-95 km/h, oczywiście jadąc grzecznie
prawym pasem, czasami przyspieszając, żeby wyprzedzić jakiegoś tira.
| Tuż za Ostrowią - opuszczona stacja benzynowa. |
W Kolnie, po niecałych
trzech godzinach jazdy zrobiliśmy sobie postój, przy okazji tankując bestię pod
korek. Potem już tylko Pisz, Orzysz i dotarliśmy na kemping, gdzie odebraliśmy
pakiet zlotowy. Zarejestrowaliśmy się i znów wsiedliśmy do samochodu, bo po
drugiej stronie jeziora, w Wilkasach, czekała na nas wynajęta kwatera. Na widok
Malucha z domu wyszła cała rodzina naszego gospodarza, a on sam rzucił w stronę
sąsiada: „Widzisz, do Ciebie takie dobre samochody nie przyjeżdżają!”.
| W bazie zlotu. Chłodzimy się po podróży. |
Następny dzień
postanowiliśmy poświęcić na zwiedzanie. Drogą przez Kętrzyn pojechaliśmy do
Wilczego Szańca. Nie tylko miłośnicy historii, ale także fani motoryzacji
znajdą tam coś dla siebie. Po parkingu są organizowane przejażdżki (oczywiście
za opłatą) pojazdami wojskowymi z czasów II wojny światowej (replikami?), a w
jednym z ocalałych budynków traficie na bardzo ciekawą wystawę poświęconą
Powstaniu Warszawskiemu, gdzie znajdziecie m.in. kopię „Chwata”, zbudowaną na
bazie niemieckiego działa samobieżnego Jagdpanzer 38t „Hetzer”, które wyłowiono
w 2007 r. z dna Bałtyku.
Z Gierłoży pojechaliśmy
malowniczą trasą przez Świętą Lipkę do reszelskiego zamku. Reszel jest
niewielką, ale bardzo ładną miejscowością. Na stare miasto wjechaliśmy przez gotycki
most z XIV wieku rozciągnięty nad Sajną. To właśnie tutaj znajduje się dawna
siedziba biskupów warmińskich. W murach zamku znajdują się obecnie hotel,
restauracja oraz udostępnione dla zwiedzających wieża i lochy. Można się tam
zapoznać z dość szczegółowa wystawą poświęconą średniowiecznym narzędziom
tortur (nie polecamy dla małych dzieci). Później, podczas spaceru po starówce zobaczyliśmy
m.in. kościół farny pw. św. Piotra i Pawła oraz klasycystyczny ratusz z XIX
wieku.
| Widok z najwyższej wieży reszelskiego zamku. |
Sobota przywitała nas (jak
na złość) deszczem. Mimo to postanowiliśmy wziąć udział w głównych atrakcjach
tego dnia zlotu, czyli wspólnym przejeździe wokół Jeziora Niegocin i wystawie
Maluchów w giżyckiej Ekomarinie. Niesprzyjająca aura nie odstraszyła
uczestników ani lokalnych mieszkańców i letników, którzy dość tłumnie wyszli
przed swoje domy, by podziwiać i filmować przejeżdżające Maluchy. Widząc
przejeżdżającą kolumnę „kaszlaków”, każdy się uśmiechał i przyjaźnie do nas
machał.
Trasa wspólnego objazdu
jeziora kończyła się na terenie Ekomariny w Giżycku, gdzie w wyznaczonym
miejscu, w kilku rzędach, zaparkowały Maluchy. Niestety padający nieprzerwanie
od rana deszcz sprawił, że większość uczestników zlotu po wypiciu ciepłej
herbaty w pobliskiej knajpce, od razu wróciła na kemping. Z tego samego powodu
zabrakło też ludzi odwiedzających wystawę.
| Plac szybko opustoszał... |
Podążając śladem
pozostałych, my także udaliśmy się do bazy zlotu, spędzić trochę czasu wśród
znajomych i (w końcu!) porobić trochę zdjęć, które możecie znaleźć tutaj.
| Jak zwykle uwagę przykuwał zielony "Włoch", który po raz trzeci przyjechał do Polski na kołach. |
| Camping Borowo jest wyposażony w odpowiedni sprzęt |
| Nie wszyscy zostali wpuszczeni na teren kempingu |
Zamiast wrócić
najkrótszą drogą do domu, ostatni dzień również postanowiliśmy poświęcić na
zwiedzanie. Po ponownym załadowaniu wszystkich bagaży do Malucha, ruszyliśmy w
stronę Gołdapi. Dlaczego za kolejny cel naszej podróży wybraliśmy akurat to
graniczące z obwodem kaliningradzkim miasto? Otóż miałem kiedyś na studiach
zajęcia z wykładowcą, który kilka lat temu realizował na terenie Gołdapi
projekt badawczy i przez cały semestr przyglądaliśmy się zagadnieniem z
dziedziny wspólnot lokalnych właśnie pod kątem gołdapskiej społeczności. Jedną
z głównych atrakcji tej miejscowości (i jedyną, którą odwiedziliśmy) jest dawna
wieża ciśnień, obecnie przerobiona na punkt widokowy z kawiarnią na ostatniej,
siódmej kondygnacji oraz wystawą pamiątek związanych z lokalną historią na
niższych. Warto wspiąć się na najwyższy balkon, znajdujący się już na kopule
wieży, by z wysokości prawie 50 metrów podziwiać panoramę okolic i „zajrzeć” do
rosyjskiej enklawy.
Po dokonaniu zakupu
pamiątkowych magnesów w sklepiku mieszczącym się na parterze, udaliśmy się w
stronę dawnych mostów kolejowych w Stańczykach. Niestety, najkrótsza droga,
prowadząca wzdłuż granicy przez Dubeninki była z nieznanych przyczyn zamknięta.
Zmusiło nas to do skorzystania z dwukrotnie dłuższego objazdu. Ale i tak było
warto. Ostatnie kilometry jadąc dawno nieremontowanymi szosami, w końcu
dotarliśmy do niewielkiej wsi, za którą pomiędzy drzewami widać było te
niezwykłe, betonowe budowle, przypominające rzymskie akwedukty.
| Nie mogłem sobie odmówić zrobienia zdjęcia w tym malowniczym miejscu |
Po 20 wreszcie
zaparkowałem przed domem. Po zsumowaniu danych ze wszystkich tankowań okazało
się, że w te 4 dni zrobiliśmy niemal dokładnie 1000 km! Średnie zużycie paliwa
wyniosło 5,7 l/100 km, na ten wynik wyraźny wpływ miała jazda z wyższymi
prędkościami (ale oczywiście nadal poniżej maksymalnej dopuszczalnej
przepisami, w końcu to „tylko” Maluch), gdy już wjechaliśmy na S8. Reakcje
innych kierowców na widok 126p jadącego 115 km/h – bezcenne. Momentami można
było odnieść wrażenie, że niektórzy podczas wyprzedzania specjalnie zrównywali
się z nami, żeby sprawdzić jaką mamy prędkość. Wtedy najczęściej uśmiechali się,
pokazywali kciuk w górę lub machali i (oczywiście) odjeżdżali. A sam wyjazd oceniam jako bardzo udany. To był dobrze spędzony czas.
Tekst: Mateusz Łubiński
Zdjęcia: Mary Stefaniak & Mateusz Łubiński

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz