środa, 15 sierpnia 2018

WYPRAWA: Maluchem na Mazury


Co roku dla maluchowej braci najważniejsze wydarzenie to Ogólnopolski Zlot. Za każdym razem jest on organizowany w innym miejscu, zawsze w połowie sierpnia. Organizatora następnej edycji przedstawiano na oficjalnym zakończeniu poprzedniej. Ubiegłoroczny, 14. „Ogólniak” zakończył się jednak nietypowo – informacją, że do przygotowania następnego zlotu zgłosiło się kilka grup i ostateczna decyzja zostanie podjęta później za pośrednictwem forum.

Miesiące mijały, a w temacie 15. Ogólnopolskiego panowała cisza. Cała społeczność w napięciu oczekiwała jakichkolwiek wieści. Ja także z utęsknieniem czekałem na wiadomość o kolejnym „Ogólniaku”, gdyż mówiło się, że tym razem odbędzie się on dalej od stolicy. W końcu, na przełomie kwietnia i maja pojawiła się zapowiedź, że tegoroczny, nieoficjalny zlot odbędzie się w dniach 9-12 sierpnia w Giżycku. Nie kryłem podekscytowania – nareszcie czekała mnie dalsza wyprawa Maluchem, bo na poprzednie imprezy mogłem dojeżdżać z domu. W dodatku od mojej ostatniej wizyty w Krainie Tysiąca Jezior minęło już ładnych parę lat.

Ale dlaczego tegoroczny zlot miał być „nieoficjalny”? Zamiast tradycyjnego organizatora jest „konsultant” w postaci dobrze znanego w naszym środowisku Żurawia, a w całe przedsięwzięcie aktywnie włączyli się właściciele kempingu Borowo oraz władze miasta. Program imprezy miał być bardziej okrojony niż w minionych latach – nie przewidziano prób sportowych czy rajdu turystycznego, za to główny nacisk położono na integrację właścicieli „kaszlaków” oraz wystawę w giżyckiej Ekomarinie.

Tym razem nie było wcześniejszych zapisów na wydarzenie – numery zlotowe miały być wydawane zgodnie z kolejnością przyjazdu. Pozostało jedynie wybrać środek transportu. Powinien być nim Mały Fiat (to oczywiste), ale który? W tym sezonie, głównie dzięki wysiłkom mojego Taty, wszystkie nasze trzy 126p są złożone i gotowe do drogi, więc nie było łatwo się zdecydować. Na rajdy (ze względu na rocznik) jeżdżę Przejściówką ’85 i to właśnie nią początkowo chciałem jechać, ale... no właśnie, ten wóz ma swoje humory. Mimo iż w ciągu ostatnich dwóch lat zostało wymienione w nim już prawie wszystko i mechanicznie został doprowadzony do ładu, to jednak planowana trasa prowadziła obok miejsca, w którym go kupiliśmy, więc kto wie? Może Maluch coś sobie by „przypomniał” i postanowił się rozkraczyć w okolicy Ostrowi Mazowieckiej? Odpada. FL? Po prawie czteroletnim postoju nie jest jeszcze wystarczająco sprawdzony. Wybór padł więc na zaprawionego w bojach Eleganta ’94, który jest już u nas od ponad 10 lat.
Dwa dni przed wyjazdem postanowiłem go rozruszać i zrobić kilka kilometrów po okolicy... Niestety podchodząc do niego na parkingu poczułem charakterystyczny zapach oleju przekładniowego i zobaczyłem plamę pod samochodem... Oczywiście, pękła prawa osłona półosi. Na szczęście na następny dzień mojemu niezastąpionemu Tacie udało się wziąć wolne i w czasie, gdy ja siedziałem w pracy, on usprawnił Eleganta i wóz był ostatecznie gotowy do drogi.


Naszą podróż rozpoczęliśmy w czwartek o 8:15 sprzed Stadionu Narodowego. Następnie, mijając pozostałości żerańskiej FSO, wjechaliśmy na trasę S8, która doprowadziła nas do Ostrowi Mazowieckiej. Żeby nie być aż takim zawalidrogą, starałem się utrzymywać stałą prędkość (wg GPS) 90-95 km/h, oczywiście jadąc grzecznie prawym pasem, czasami przyspieszając, żeby wyprzedzić jakiegoś tira.


Tuż za Ostrowią - opuszczona stacja benzynowa.
W Kolnie, po niecałych trzech godzinach jazdy zrobiliśmy sobie postój, przy okazji tankując bestię pod korek. Potem już tylko Pisz, Orzysz i dotarliśmy na kemping, gdzie odebraliśmy pakiet zlotowy. Zarejestrowaliśmy się i znów wsiedliśmy do samochodu, bo po drugiej stronie jeziora, w Wilkasach, czekała na nas wynajęta kwatera. Na widok Malucha z domu wyszła cała rodzina naszego gospodarza, a on sam rzucił w stronę sąsiada: „Widzisz, do Ciebie takie dobre samochody nie przyjeżdżają!”.


W bazie zlotu. Chłodzimy się po podróży.
Następny dzień postanowiliśmy poświęcić na zwiedzanie. Drogą przez Kętrzyn pojechaliśmy do Wilczego Szańca. Nie tylko miłośnicy historii, ale także fani motoryzacji znajdą tam coś dla siebie. Po parkingu są organizowane przejażdżki (oczywiście za opłatą) pojazdami wojskowymi z czasów II wojny światowej (replikami?), a w jednym z ocalałych budynków traficie na bardzo ciekawą wystawę poświęconą Powstaniu Warszawskiemu, gdzie znajdziecie m.in. kopię „Chwata”, zbudowaną na bazie niemieckiego działa samobieżnego Jagdpanzer 38t „Hetzer”, które wyłowiono w 2007 r. z dna Bałtyku.




Z Gierłoży pojechaliśmy malowniczą trasą przez Świętą Lipkę do reszelskiego zamku. Reszel jest niewielką, ale bardzo ładną miejscowością. Na stare miasto wjechaliśmy przez gotycki most z XIV wieku rozciągnięty nad Sajną. To właśnie tutaj znajduje się dawna siedziba biskupów warmińskich. W murach zamku znajdują się obecnie hotel, restauracja oraz udostępnione dla zwiedzających wieża i lochy. Można się tam zapoznać z dość szczegółowa wystawą poświęconą średniowiecznym narzędziom tortur (nie polecamy dla małych dzieci). Później, podczas spaceru po starówce zobaczyliśmy m.in. kościół farny pw. św. Piotra i Pawła oraz klasycystyczny ratusz z XIX wieku.


Widok z najwyższej wieży reszelskiego zamku.
Sobota przywitała nas (jak na złość) deszczem. Mimo to postanowiliśmy wziąć udział w głównych atrakcjach tego dnia zlotu, czyli wspólnym przejeździe wokół Jeziora Niegocin i wystawie Maluchów w giżyckiej Ekomarinie. Niesprzyjająca aura nie odstraszyła uczestników ani lokalnych mieszkańców i letników, którzy dość tłumnie wyszli przed swoje domy, by podziwiać i filmować przejeżdżające Maluchy. Widząc przejeżdżającą kolumnę „kaszlaków”, każdy się uśmiechał i przyjaźnie do nas machał.



Trasa wspólnego objazdu jeziora kończyła się na terenie Ekomariny w Giżycku, gdzie w wyznaczonym miejscu, w kilku rzędach, zaparkowały Maluchy. Niestety padający nieprzerwanie od rana deszcz sprawił, że większość uczestników zlotu po wypiciu ciepłej herbaty w pobliskiej knajpce, od razu wróciła na kemping. Z tego samego powodu zabrakło też ludzi odwiedzających wystawę.

Plac szybko opustoszał...

Podążając śladem pozostałych, my także udaliśmy się do bazy zlotu, spędzić trochę czasu wśród znajomych i (w końcu!) porobić trochę zdjęć, które możecie znaleźć tutaj.

Jak zwykle uwagę przykuwał zielony "Włoch", który po raz trzeci przyjechał do Polski na kołach.

Camping Borowo jest wyposażony w odpowiedni sprzęt

Nie wszyscy zostali wpuszczeni na teren kempingu
Zamiast wrócić najkrótszą drogą do domu, ostatni dzień również postanowiliśmy poświęcić na zwiedzanie. Po ponownym załadowaniu wszystkich bagaży do Malucha, ruszyliśmy w stronę Gołdapi. Dlaczego za kolejny cel naszej podróży wybraliśmy akurat to graniczące z obwodem kaliningradzkim miasto? Otóż miałem kiedyś na studiach zajęcia z wykładowcą, który kilka lat temu realizował na terenie Gołdapi projekt badawczy i przez cały semestr przyglądaliśmy się zagadnieniem z dziedziny wspólnot lokalnych właśnie pod kątem gołdapskiej społeczności. Jedną z głównych atrakcji tej miejscowości (i jedyną, którą odwiedziliśmy) jest dawna wieża ciśnień, obecnie przerobiona na punkt widokowy z kawiarnią na ostatniej, siódmej kondygnacji oraz wystawą pamiątek związanych z lokalną historią na niższych. Warto wspiąć się na najwyższy balkon, znajdujący się już na kopule wieży, by z wysokości prawie 50 metrów podziwiać panoramę okolic i „zajrzeć” do rosyjskiej enklawy.



Po dokonaniu zakupu pamiątkowych magnesów w sklepiku mieszczącym się na parterze, udaliśmy się w stronę dawnych mostów kolejowych w Stańczykach. Niestety, najkrótsza droga, prowadząca wzdłuż granicy przez Dubeninki była z nieznanych przyczyn zamknięta. Zmusiło nas to do skorzystania z dwukrotnie dłuższego objazdu. Ale i tak było warto. Ostatnie kilometry jadąc dawno nieremontowanymi szosami, w końcu dotarliśmy do niewielkiej wsi, za którą pomiędzy drzewami widać było te niezwykłe, betonowe budowle, przypominające rzymskie akwedukty.

Nie mogłem sobie odmówić zrobienia zdjęcia w tym malowniczym miejscu
 Po wizycie w Stańczykach udaliśmy się już prostą drogą do domu, przez Łomżę, w której zatrzymaliśmy się w jedynym (!) na tej trasie McDonaldzie. Atmosfera w tej „restauracji pod złotymi łukami” przypominała niemalże wyprzedaż w Lidlu. Wszystkie miejsca parkingowe wokół zajęte, kilkadziesiąt aut w kolejce do McDrive i jeszcze dzieci wracające z obozu w środku.

Po 20 wreszcie zaparkowałem przed domem. Po zsumowaniu danych ze wszystkich tankowań okazało się, że w te 4 dni zrobiliśmy niemal dokładnie 1000 km! Średnie zużycie paliwa wyniosło 5,7 l/100 km, na ten wynik wyraźny wpływ miała jazda z wyższymi prędkościami (ale oczywiście nadal poniżej maksymalnej dopuszczalnej przepisami, w końcu to „tylko” Maluch), gdy już wjechaliśmy na S8. Reakcje innych kierowców na widok 126p jadącego 115 km/h – bezcenne. Momentami można było odnieść wrażenie, że niektórzy podczas wyprzedzania specjalnie zrównywali się z nami, żeby sprawdzić jaką mamy prędkość. Wtedy najczęściej uśmiechali się, pokazywali kciuk w górę lub machali i (oczywiście) odjeżdżali. A sam wyjazd oceniam jako bardzo udany. To był dobrze spędzony czas.


Tekst: Mateusz Łubiński
Zdjęcia: Mary Stefaniak & Mateusz Łubiński

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz