środa, 19 lipca 2017

Moje życie z Gwiazdą, część I

Jak wspomniałem pod koniec poprzedniego wpisu, w moim życiu motoryzacyjnym ostatnio sporo się zmieniło. Do tej pory wszystkie moje youngtimery były autami „dodatkowymi”, zabawkami do jeżdżenia w weekendy i na zloty, a na co dzień używałem zwykłe, 15-letnie kombi. Jednak w kwietniu tego roku dotychczasowe „daily” trafiło do nowego właściciela, a w moim garażu zaparkował wymarzony Baby-Benz – 190E 1.8.
Po tym, gdy na początku 2016 roku Sierrę (jej test znajdziecie tutaj) spotkał przykry koniec, wiedziałem, że w ramach „ewolucji” kolejnym wozem powinien być Mercedes-Benz W201. Zwłaszcza, że podoba mi się jego linia nadwozia, nawet bardziej niż W124.

Projekt tego nadwozia chyba nigdy mi się nie znudzi. Jest ponadczasowy.

Początkowo, z racji iż prowadzę Czarną Warszawę, skupiłem się na poszukiwaniach egzemplarza na tzw. wąskiej listwie, z silnikiem Diesla pod maską i oczywiście na czarnych blachach. W stolicy jest co najmniej kilka takich aut, w większości nadal „w jednych rękach od nowości”. Tym samym wkrótce (w marcu 2016) stałem się posiadaczem budyniowego 190D, rocznik 1987, który z racji swoich tablic z Żoliborza zyskał przydomek WUP. 30 lat eksploatacji po polskich drogach i serwisowania u „mechaników” zrobiło swoje, ale ten egzemplarz ma tak unikatową historię, że warto go wyremontować. Gdy WUP w końcu wróci na drogi, oczywiście zaprezentuję go na blogu.

Tymczasem nadszedł rok 2017 i uznałem, że czas zakończyć już przygodę z moim „daily”, które właśnie skończyło 15 lat (z czego 10 lat w rodzinie, a 3 bezpośrednio u mnie) i doszło do momentu, w którym każda kolejna naprawa stanowiła istotny % wartości auta. Był kwiecień, pewnego dnia mój tata wrócił do domu ze słowami „Zobacz co stoi z kartką na Magiera” i pokazał mi zdjęcia tej 190tki. Mój entuzjazm był raczej umiarkowany, „Eee, kojarzę go z OLX, drogi jest”. Błąd. Ogłoszenie, które zapamiętałem, pojawiło się na jesieni poprzedniego roku. Teraz właścicielowi bardziej zależało na sprzedaży, bo w nowym ogłoszeniu (które szybko odszukałem w Internecie) podana cena była prawie o połowę niższa, a w opisie oferty sprzedający wypunktował jedynie wady, które zapewne odstraszyły większość potencjalnych kupujących. Ale nie nas. Dokładnie już nie pamiętam, ale chyba jeszcze tego samego dnia (lub następnego) udaliśmy się parę ulic od domu, by obejrzeć Mercedesa.


Stała przy Magiera i czekała na mnie
Prezentowany egzemplarz pochodzi z 1991 roku, a pod jego maską znajduje się benzynowy silnik 1.8, który na szczęście "nigdy nie widział gazu". W momencie zakupu licznik dopiero co wskoczył na 305 tysięcy km i ten przebieg wydaje się być prawdopodobny. Do Polski wóz trafił dopiero w 2007 r. i od tego czasu miał 3 właścicieli. 


Pierwszy bardzo istotny atut tego egzemplarza, który od razu zauważyłem to „66” w numerze rejestracyjnym. To jest jeden z moich odchyłów. Lubię mieć tę liczbę w numerze (mam ją w Elegancie, motorowerze i miałem też w poprzednim „daily”). Co więcej, suma cyfr daje „oczko”, czyli 21. Lepiej być nie może. Z zewnątrz największą bolączką auta jest ułamany kawałek przedniego zderzaka. Naszą podejrzliwość wzbudził brak oznaczeń na tylnej klapie – czyżby tył był malowany? Na szczęście po rozkodowaniu VINu w domu okazało się, że wstydliwy Niemiec po prostu nie chciał, by sąsiedzi dowiedzieli się, że poskąpił na wersji silnikowej, więc zamówił auto bez oznaczeń.


Gdy zająłem miejsce za kierownicą (z wersji Sportline, niestety z „wygryzionym” sporym kawałkiem skóry na górze wieńca – po zakupie obszyliśmy ją na nowo gotowym zestawem) i przekręciłem kluczyk w stacyjce spotkało mnie pierwsze zaskoczenie – wśród kontrolek na desce rozdzielczej pojawiła się ta odpowiedzialna za ABS. Właściciel w ogłoszeniu ani w rozmowie nie pochwalił się wyposażeniem wozu, a ja też nie spodziewałem się takich bajerów w bazowej wersji. Tak czy inaczej – duży plus (już wcześniej uznałem, że skoro to ma być moje auto na co dzień i do podróżowania z rodziną, to musi mieć ABS, wszak bezpieczeństwo przede wszystkim). Brak klimatyzacji w tym egzemplarzu rekompensuje elektrycznie sterowany szyberdach. Niestety, ułamały się mocowania podsufitki i bez względu na położenie szyberdachu, ona niezmiennie tkwi w miejscu, skutecznie zasłaniając otwór w dachu. Niedługo po zakupie udało mi się to bezkosztowo „naprawić” – po prostu wyjąłem fragment podsufitki szyberdachu. Może teraz w kabinie nie wygląda to zbyt estetycznie, ale przynajmniej szyberdach jest w pełni funkcjonalny.

Oględziny i jazda próbna wypadły pozytywnie, największą wadą (i jedną z niewielu) była sporych rozmiarów dziura w nadkolu wewnętrznym, za lewym reflektorem (udało się to załatać w ekspresowym tempie, w ciągu jednej pracowitej soboty). Wstępnie dogadaliśmy się ze sprzedającym co do ceny (do auta dołączał również drugi komplet alufelg z prawie nowymi oponami letnimi) i wróciliśmy do domu, rozkodować VIN. Przez kilka następnych dni biłem się z myślami. Podczas Rozpoczęcia Sezonu Youngtimer Warsaw (ostatniej imprezy na torze próbnym FSO) dostałem SMS od sprzedającego z pytaniem, czy podjąłem już jakąś decyzję. Po powrocie oddzwoniłem, zaproponowałem jeszcze lekką obniżkę ceny „na paliwo” i godzinę później spisywaliśmy umowę. Tym sposobem, 22 kwietnia 2017 r. stałem się szczęśliwym posiadaczem 190E. Nie jest to ideał, ale i za taką cenę nie oczekiwałem, że nim będzie. Wóz wymagał kilku napraw "na już", na szczęście ich koszty nie porażały, ale o tym przeczytacie za chwilę.

Na łące w Gassach podczas rajdu Persona Ma Grata
Pierwsze wrażenia

Przejechałem nim już nieco ponad 1800 km i mogę śmiało stwierdzić, że ten wóz spełnia wszystkie moje oczekiwania. Jeździ się bardzo komfortowo i wygodnie. Jedynie podczas jazdy brakuje mi trochę lekkości Sierry (190tka sprawia wrażenie nieco cięższej i mniej „spontanicznej”). Porównania do Poloneza sobie daruję. Osiągi 190E 1.8 są dla mnie w pełni wystarczające, podobnie jak zużycie paliwa. Nie miałem jeszcze okazji zabrać Merca w dłuższą trasę, póki co użytkuję go „po emerycku”, czyli po mieście i na działkę. W takim cyklu mieszanym (z przewagą jazdy podmiejskiej) średnie spalanie wynosi ok. 8 litrów na 100 km, a w cyklu miejskim (gdy jazda poza miastem stanowi mniej niż 20%) udało mi się zmieścić poniżej 10 litrów/100km (dokładnie: 9,76 l/100km).

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, koszty utrzymania Mercedesa nie są wcale duże, zwłaszcza gdy wóz serwisuje się we własnym zakresie. Najpilniejszą naprawą, jakiej wymagała moja 190tka od razu po zakupie, była wymiana obudowy termostatu, która w tym modelu wykonana jest z tworzywa. Mechanik, prawdopodobnie przy wymianie termostatu, zbyt mocno dokręcił ten element, przez co pękł. Po każdorazowym powrocie do domu (i tym samym dłuższym postoju w jednym miejscu) pod autem pojawiała się spora plama płynu chłodzącego. Nową część kupiłem przez Allegro i dwa dni później odebrałem zamówienie z paczkomatu. Razem z kosztami wysyłki, za obudowę termostatu zapłaciłem 18,60 zł (słownie: osiemnaście złotych sześćdziesiąt groszy)! Inny przykład, jak dotąd największym wydatkiem był remont tylnych hamulców – za kompletny zestaw wszystkich potrzebnych części (tarczobębny, klocki, okładziny, zestaw montażowy) „od renomowanych producentów” zapłaciłem 350 zł. Oczywiście to samo można dostać na Allegro jeszcze taniej – za ok. 150-200 zł, ale jakość tych elementów wzbudza zastrzeżenia.

Na trasie wspomnianego rajdu, czekamy na uczestników z naszym zadaniem.
Wnętrze

Przy moim 1,80 m wzrostu we wnętrzu 190tki czuję się „w sam raz”. Siedząc za kierownicą, nie mam poczucia klaustrofobii. Miejsca jest wystarczająco, a obsługa nawiewów czy wycieraczki jest na tyle intuicyjna, że po krótkim czasie można regulować wszystko bez odrywania wzroku od drogi. Nawet słynna pojedyncza, wielofunkcyjna dźwignia przy kierownicy, sterująca wycieraczką, spryskiwaczem, kierunkowskazami i długimi światłami nie wymaga długiego oswajania. Nie zachwyca natomiast ilość miejsca na tylnej kanapie. Moi pasażerowie (sam nie miałem jeszcze okazji przejechać się z tyłu) narzekali na ograniczoną przestrzeń na nogi oraz zbyt pochyłą tylną szybę, przez co w słoneczny dzień można poczuć się jak w szklarni (akcesoryjna roleta wydaje się być całkiem sensownym rozwiązaniem). Pojemność bagażnika także budzi mieszane uczucia. Jak dotąd udawało mi się bez problemu wszystko zapakować, jednak wymagało to odrobiny gimnastyki.

Family photo w Czersku
Moim Baby-Benzem byłem dotychczas na dwóch imprezach: rajdzie Persona Ma Grata (gdzie organizowałem własny checkpoint z zadaniem dla uczestników) i na jednym ze środowych spotów Youngtimer Warsaw. W planach jest udział w kolejnych rajdach i zlotach :) Spodziewajcie się kolejnych części nowego cyklu „Moje życie z Gwiazdą”. Mam nadzieję, że ten wóz zostanie ze mną na dłużej ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz