Zaczęło się niewinnie. Zwykły wyjazd w delegację z firmy. Siedzę, robię swoje przeglądając przy okazji ogłoszenia motoryzacyjne z regionu. Nie szukam niczego konkretnego, ot takie zwykłe rozpoznanie rynku. Nic nie zwiastowało tego, jak spędzę następne 24 godziny.
Krótko przed 20:00 mój wzrok przykuło ogłoszenie ze Skodą 105 L. Auto znajdowało się akurat w miejscowości, przez którą miałem przejechać nazajutrz. Krótka wiadomość do sprzedającego i poszedłem spać. Rano obudził mnie e-mail z odpowiedzią, że ogłoszenie jest nadal aktualne więc próbowałem kontaktu telefonicznego. Po kilku nieudanych próbach dałem sobie spokój. Jakiś czas później otrzymałem sms z informacją, żebym kontaktował się wieczorem w sprawie auta. Napisałem SMS z podziękowaniem i odpowiedzią, że o tej porze będę już po drugiej stronie Polski i niestety nie uda się nam spotkać. Kilka minut później zadzwonił sprzedający pytając się, czy aż tak mi zależy na oględzinach, bo jeśli sprawa jest pilna, to może tego dnia wcześniej wyjść z pracy, aby pokazać mi samochód. Przystałem na jego propozycję i umówiliśmy się na spotkanie. Oczywiście zastrzegłem sobie, żeby w chwili przyjazdu silnik auta był absolutnie zimny.
Dojeżdżając w umówione miejsce rozejrzałem się po placu, na którym stał jednorodzinny drewniany dom, kilka budynków gospodarczych oraz 3 samochody. Niestety nigdzie nie było widać Skody... Na powitanie wyszedł młody człowiek, otwierając mi bramę (nazwijmy go na potrzebę tej historii Marek).
Tuż po tym zaprosił po drzwi drewnianego garażu i otworzył je. W środku stała właśnie ona, śliczna Skoda 105 L. Garaż był wąski, jednak poprosiłem o możliwość otworzenia pokrywy silnika i sprawdzenia temperatury. Na szczęście tak jak się umawialiśmy był absolutnie zimny. Marek momentalnie odpalił auto, którym wyjechał na plac. Tam dokonałem oględzin nadwozia i podwozia po czym pojechaliśmy na jazdę próbną. Jako że wypadła ona pomyślnie przystąpiliśmy do negocjacji cenowych. Po ustaleniu zadowalającej dla obydwu stron kwoty zakończyliśmy tę część transakcji.
Jako ciekawostkę dodam, że właściciel auta, mocno starszy pan miał "manię" wykręcania każdej śrubki w całym samochodzie a następnie wkręcania jej na kroplę oleju, aby w razie czego łatwiej w przyszłości było taki gwint odkręcić. Zrozumiałbym jeszcze, aby zrobić to w silniku - ale ten człowiek w ten sam sposób potraktował nawet przednie żarówki H4...
Problemem okazał się
jednak transport. Byłem sam z 2 samochodami w odległości ok. 150 km od domu a
dochodziła godzina 18.30. Plan był taki aby zostawić Skodę na posesji i
przyjechać po nią w weekend. Marek jednak zaproponował pomoc w dostarczeniu
samochodu, a następnie wróci do domu pociągiem, bo następnego rana wcześnie
zaczyna pracę. Zadowolony zgodziłem się na takie rozwiązanie.
Ruszyliśmy razem pomału w kierunku Warszawy. Nie
ujechaliśmy 10 km, a tu patrzę jak Marek zjeżdża na pobocze, zatrzymuje się,
tuż za nim Peugeot Partner, z którego wysiada kilku facetów. Myślę - jak nic
“tajniaki”. Widzę jednak jak się witają, zamieniają kilka słów po czym Marek
dalej rusza w trasę. Dopiero gdy zatrzymaliśmy się po trasie na stacji
benzynowej dowiedziałem się w czym rzecz. Otóż Skoda 105 jechała pierwsza, za
nią miałem jechać ja, niestety na jednym ze skrzyżowań wcisnął się pomiędzy nas
właśnie ten Partner. Jako że było już ciemno, Marek tego nie zauważył. Nagle
ktoś z Peugeota zaczął na niego mrugać długimi światłami. On pomyślał, że to ja
coś sygnalizuję i zjechał na pobocze. Natomiast kierowca Peugeota chciał
zatrzymać Skodę z myślą o jej zakupie. Marek grzecznie odmówił i powiedział, że
nowy nabywca właśnie jedzie z tyłu - wskazując na mnie. Ogólnie parodia
omyłek...
Trasa do Warszawy minęła spokojnie, nie licząc
poza burzy, którą musieliśmy minąć w Radomiu. Na miejscu, przed moim domem,
podpisaliśmy umowy kupna-sprzedaży po czym rozpoczęły się przez nas poszukiwania
bankomatu, abym mógł zapłacić za auto. Niestety, wizyta w 3 kolejnych
zakończyła się fiaskiem, każdy był uszkodzony. Dopiero w kolejnym udało mi się
pobrać pieniądze. Następnie nadszedł czas, aby odwieźć Marka na pociąg do domu.
Dojechaliśmy na Dworzec Centralny, po czym pożegnaliśmy się, a ja ruszyłem do
domu położyć się spać, bo rano następnego dnia wcześnie miałem mieć pobudkę.
Była godzina 23:00.
Nie minęło 10 minut - dzwoni do mnie nieznany numer
telefonu. Nie mam w zwyczaju w nocy odbierać, ale tym razem spróbowałem. To
dzwonił Marek sprzed dworca, gdzie udało mu się użyczyć od jakiegoś innego
pasażera telefon (jego się niespodziewanie rozładował) i prosił, abym wrócił w
miejsce, gdzie się rozstaliśmy, ponieważ o tej porze już żaden pociąg do jego
miejscowości nie jeździ. Następny ma być rano ok. 5:10, a Marek musi w pracy
być o 6:00.
Chciał - nie chciał, nie mogłem zostawić tak faceta.
Podjechałem po niego i ruszyliśmy na poszukiwanie innego sposobu transportu.
Przyszedł mi do głowy Autobusowy Dworzec Zachodni. Niestety, o tej porze
był zamknięty...
Nie zostało nic innego jak odwieźć Marka do domu.
Ruszyliśmy w drogę powrotną. Widzę jak mija nas sportowe Infiniti i nagle Marek
krzyczy: "To znajomy z mojej miejscowości, być może wraca do domu to by
mnie zabrał i nie musiałbyś mnie odwozić". Taka okazja może się nie
powtórzyć, więc ruszyłem w pogoń za Infiniti, mrugając długimi światłami za
nim. Kierowca sportowego auta myślał, że próbuję się z nim ścigać i zaczął
uciekać. Niestety mimo wysiłków zarówno moich jak i samochodu nie udało mi się
go dogonić. Na szczęście zatrzymały go światła na skrzyżowaniu. Podjeżdżamy do
boku, Marek otwiera szybę, kierowca Infiniti również i ten drugi krzyczy:
"To co, startujemy się na zielonym?". Jednak w momencie, gdy Marek
wychylił się przez okno mojego auta, panowie poznali się i wymienili
informacjami. Niestety, okazało się, że tamten człowiek nie wraca do domu,
tylko kończy trasę w Warszawie. Cóż, nadzieja umiera ostatnia...
Pozostało już tylko zatankować samochód i ruszyć
w drogę. Podjeżdżamy na pierwszą stację - akurat mają liczenie gotówki, druga -
to samo. Dopiero na trzeciej udało się nalać paliwa. Jak pech to pech.
Z podróży do domu Marka
oraz z powrotem pamiętam już mało. Dało o sobie znać zmęczenie dniem.
Przypominam sobie jedynie to, że cały czas lał deszcz, a szczęśliwy z
pozytywnego zakończenia sprawy dotarłem do domu ok. godziny 4:30 i poszedłem
spać. Niestety, o 6:00 zadzwonił budzik i trzeba było iść do pracy...






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz