wtorek, 13 października 2015

Wpis gościnny: Historia zakupu pewnej Skody



Zaczęło się niewinnie. Zwykły wyjazd w delegację z firmy. Siedzę, robię swoje przeglądając przy okazji ogłoszenia motoryzacyjne z regionu. Nie szukam niczego konkretnego, ot takie zwykłe rozpoznanie rynku. Nic nie zwiastowało tego, jak spędzę następne 24 godziny.


Krótko przed 20:00 mój wzrok przykuło ogłoszenie ze Skodą 105 L. Auto znajdowało się akurat w miejscowości, przez którą miałem przejechać nazajutrz. Krótka wiadomość do sprzedającego i poszedłem spać. Rano obudził mnie e-mail z odpowiedzią, że ogłoszenie jest nadal aktualne więc próbowałem kontaktu telefonicznego. Po kilku nieudanych próbach dałem sobie spokój. Jakiś czas później otrzymałem sms z informacją, żebym kontaktował się wieczorem w sprawie auta. Napisałem SMS z podziękowaniem i odpowiedzią, że o tej porze będę już po drugiej stronie Polski i niestety nie uda się nam spotkać. Kilka minut później zadzwonił sprzedający pytając się, czy aż tak mi zależy na oględzinach, bo jeśli sprawa jest pilna, to może tego dnia wcześniej wyjść z pracy, aby pokazać mi samochód. Przystałem na jego propozycję i umówiliśmy się na spotkanie. Oczywiście zastrzegłem sobie, żeby w chwili przyjazdu silnik auta był absolutnie zimny.


Dojeżdżając w umówione miejsce rozejrzałem się po placu, na którym stał jednorodzinny drewniany dom, kilka budynków gospodarczych oraz 3 samochody. Niestety nigdzie nie było widać Skody... Na powitanie wyszedł młody człowiek, otwierając mi bramę (nazwijmy go na potrzebę tej historii Marek). 


Tuż po tym zaprosił po drzwi drewnianego garażu i otworzył je. W środku stała właśnie ona, śliczna Skoda 105 L. Garaż był wąski, jednak poprosiłem o możliwość otworzenia pokrywy silnika i sprawdzenia temperatury. Na szczęście tak jak się umawialiśmy był absolutnie zimny. Marek momentalnie odpalił auto, którym wyjechał na plac. Tam dokonałem oględzin nadwozia i podwozia po czym pojechaliśmy na jazdę próbną. Jako że wypadła ona pomyślnie przystąpiliśmy do negocjacji cenowych. Po ustaleniu zadowalającej dla obydwu stron kwoty zakończyliśmy tę część transakcji.
Jako ciekawostkę dodam, że właściciel auta, mocno starszy pan miał "manię" wykręcania każdej śrubki w całym samochodzie a następnie wkręcania jej na kroplę oleju, aby w razie czego łatwiej w przyszłości było taki gwint odkręcić. Zrozumiałbym jeszcze, aby zrobić to w silniku - ale ten człowiek w ten sam sposób potraktował nawet przednie żarówki H4...


Problemem okazał się jednak transport. Byłem sam z 2 samochodami w odległości ok. 150 km od domu a dochodziła godzina 18.30. Plan był taki aby zostawić Skodę na posesji i przyjechać po nią w weekend. Marek jednak zaproponował pomoc w dostarczeniu samochodu, a następnie wróci do domu pociągiem, bo następnego rana wcześnie zaczyna pracę. Zadowolony zgodziłem się na takie rozwiązanie.
 Ruszyliśmy razem pomału w kierunku Warszawy. Nie ujechaliśmy 10 km, a tu patrzę jak Marek zjeżdża na pobocze, zatrzymuje się, tuż za nim Peugeot Partner, z którego wysiada kilku facetów. Myślę - jak nic “tajniaki”. Widzę jednak jak się witają, zamieniają kilka słów po czym Marek dalej rusza w trasę. Dopiero gdy zatrzymaliśmy się po trasie na stacji benzynowej dowiedziałem się w czym rzecz. Otóż Skoda 105 jechała pierwsza, za nią miałem jechać ja, niestety na jednym ze skrzyżowań wcisnął się pomiędzy nas właśnie ten Partner. Jako że było już ciemno, Marek tego nie zauważył. Nagle ktoś z Peugeota zaczął na niego mrugać długimi światłami. On pomyślał, że to ja coś sygnalizuję i zjechał na pobocze. Natomiast kierowca Peugeota chciał zatrzymać Skodę z myślą o jej zakupie. Marek grzecznie odmówił i powiedział, że nowy nabywca właśnie jedzie z tyłu - wskazując na mnie. Ogólnie parodia omyłek... 


 Trasa do Warszawy minęła spokojnie, nie licząc poza burzy, którą musieliśmy minąć w Radomiu. Na miejscu, przed moim domem, podpisaliśmy umowy kupna-sprzedaży po czym rozpoczęły się przez nas poszukiwania bankomatu, abym mógł zapłacić za auto. Niestety, wizyta w 3 kolejnych zakończyła się fiaskiem, każdy był uszkodzony. Dopiero w kolejnym udało mi się pobrać pieniądze. Następnie nadszedł czas, aby odwieźć Marka na pociąg do domu. Dojechaliśmy na Dworzec Centralny, po czym pożegnaliśmy się, a ja ruszyłem do domu położyć się spać, bo rano następnego dnia wcześnie miałem mieć pobudkę. Była godzina 23:00.
Nie minęło 10 minut - dzwoni do mnie nieznany numer telefonu. Nie mam w zwyczaju w nocy odbierać, ale tym razem spróbowałem. To dzwonił Marek sprzed dworca, gdzie udało mu się użyczyć od jakiegoś innego pasażera telefon (jego się niespodziewanie rozładował) i prosił, abym wrócił w miejsce, gdzie się rozstaliśmy, ponieważ o tej porze już żaden pociąg do jego miejscowości nie jeździ. Następny ma być rano ok. 5:10, a Marek musi w pracy być o 6:00.
Chciał - nie chciał, nie mogłem zostawić tak faceta. Podjechałem po niego i ruszyliśmy na poszukiwanie innego sposobu transportu. Przyszedł mi do głowy Autobusowy Dworzec Zachodni.  Niestety, o tej porze był zamknięty...
Nie zostało nic innego jak odwieźć Marka do domu. Ruszyliśmy w drogę powrotną. Widzę jak mija nas sportowe Infiniti i nagle Marek krzyczy: "To znajomy z mojej miejscowości, być może wraca do domu to by mnie zabrał i nie musiałbyś mnie odwozić". Taka okazja może się nie powtórzyć, więc ruszyłem w pogoń za Infiniti, mrugając długimi światłami za nim. Kierowca sportowego auta myślał, że próbuję się z nim ścigać i zaczął uciekać. Niestety mimo wysiłków zarówno moich jak i samochodu nie udało mi się go dogonić. Na szczęście zatrzymały go światła na skrzyżowaniu. Podjeżdżamy do boku, Marek otwiera szybę, kierowca Infiniti również i ten drugi krzyczy: "To co, startujemy się na zielonym?". Jednak w momencie, gdy Marek wychylił się przez okno mojego auta, panowie poznali się i wymienili informacjami. Niestety, okazało się, że tamten człowiek nie wraca do domu, tylko kończy trasę w Warszawie. Cóż, nadzieja umiera ostatnia...
 Pozostało już tylko zatankować samochód i ruszyć w drogę. Podjeżdżamy na pierwszą stację - akurat mają liczenie gotówki, druga - to samo. Dopiero na trzeciej udało się nalać paliwa. Jak pech to pech. 


Z podróży do domu Marka oraz z powrotem pamiętam już mało. Dało o sobie znać zmęczenie dniem. Przypominam sobie jedynie to, że cały czas lał deszcz, a szczęśliwy z pozytywnego zakończenia sprawy dotarłem do domu ok. godziny 4:30 i poszedłem spać. Niestety, o 6:00 zadzwonił budzik i trzeba było iść do pracy... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz