niedziela, 8 lutego 2015

Prawie kupiłem: Duży Fiat x3

Chyba już wszyscy moi znajomi wiedzą, że od dłuższego czasu szukam swojego wymarzonego Dużego Fiata. Możecie pomyśleć, „no i w czym problem, wchodzisz na olx i szukasz”. Ale ja postanowiłem utrudnić sobie to zadanie. Nie mam zamiaru przepłacać u handlarza, dlatego szukam auta bezpośrednio od właściciela, w „rozsądnej” cenie. Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza w Warszawie, gdzie „rynek” jest mocno przebrany. Na przestrzeni dwóch lat udało mi się zdobyć kontakt do kilku osób, z których trzy były zdecydowane na sprzedaż swoich Fiatów. Są to dość krótkie historie, więc postanowiłem połączyć je w jeden wpis. Zaczynamy!

Jedni kupują PlayStation, inni Xboxa, a ja zapragnąłem WII

Pierwszy Fiat jest zarazem pierwszym samochodem, którego właściciel zdecydował się zadzwonić do mnie po zostawieniu „liściku”. Okropny lakier, w dodatku w fatalnym stanie (cały popękany) sprawiał wrażenie nakładanego odkurzaczem, ale to mnie nie odstraszało i postanowiłem umówić się na spotkanie. Jadę na sąsiednie osiedle z myślą, że gdyby udało się „wyrwać” tego DeeFa tak do 1000 peelenów, to może coś by się z niego jeszcze zrobiło… Przyjeżdżam na miejsce, właściciel już czeka w aucie. Zaczynam dokładne oględziny wozu. Z zewnątrz nie jest źle (tylko ten lakier!), ale podłoga… No tak trochę jej nie ma. Pod nogami kierowcy spora dziura, nie jest za wesoło. „Wszystko jest do ogarnięcia”, myślę. Właściciel chwali się kolejnym patentem: kilka lat temu zerwała się linka od otwierania bagażnika. Sprytny emeryt nie wymienił jej (mimo, że kupił nową i dokładał ją do auta), tylko zastosował linkę od startera od kosiarki, której jeden koniec podłączony był do zamka, a drugi znajdował się obok wlewu paliwa, pod klapką. Po otwarciu bagażnika, na nadkolach, prześwitują dwie wcześniejsze warstwy lakieru – jasnoniebieski i fabryczny zielony groszek.
Znam już stan auta, więc czas zapytać o cenę (zawsze wolę poznać oczekiwania właściciela, nim złożę swoją propozycję). W odpowiedz słyszę:
„No, myślę, wie Pan, tak, żeby już się nie targować, to 3500 zł”
Grzecznie podziękowałem i wróciłem do domu.
EPILOG: kilka miesięcy później Fiat był u lokalnego handlarza, wystawiony za 1900, czyli właściciel więcej niż „tysiaka” nie dostał. Chyba nigdy nie osiągnę takiego poziomu bezczel…, eee, przepraszam, takiego poziomu umiejętności negocjacyjnych, aby przekonać starszego człowieka do sprzedania mi auta za grosze. Ale z punktu widzenia mojego człowieczeństwa to raczej dobrze.


Drugi Fiat – obserwowany przez dłuższy czas, zostawiłem za jego wycieraczką kilka różnych „liścików”, aż w końcu właściciel zadzwonił (także starszy człowiek). Poznałem historię auta: mój rozmówca dostał tego Fiata w spadku po teściu, ale nim nie jeździ, więc może go sprzedać, po czym dodał:
„Tylko ja dobrze wiem, po ile teraz takie chodzą. Chcę za niego 3000, dość okazyjnie”
Znowu musiałem podziękować. Dlaczego? Dosłownie dwa dni wcześniej (jakieś niezwykłe przeczucie) byłem obejrzeć ten samochód, bardzo dokładnie mu się przyjrzałem. Obecności podłogi nie stwierdziłem, za to wielu dziur – tak.
EPILOG: jesienią jeszcze raz podjechałem do tego Fiata. Akurat przechodził sąsiad właściciela: „Co, chciałby go Pan kupić? Tu już wielu próbowało, ale nikt mu nie chciał dać, tyle ile chciał, więc zrezygnował”.
Nadal stoi w tym samym miejscu...

Trzeci Fiat – sprawa „najświeższa” i zarazem moja największa porażka. Kojarzyłem go od dłuższego czasu ze zdjęć znajomych, jednak był „za daleko”, nie mogłem jakoś znaleźć chwili, by podjechać do niego i zostawić „liścik”. W połowie stycznia kolega pokazuje mi świeże zdjęcie: Fiat ma rozbity przód, całkiem mocno dostał, ale jeszcze do uratowania. Pomyślałem sobie, że o ile wcześniej właściciel pewnie nie był skory do sprzedaży auta, o tyle po czymś takim, będzie chciał się go pozbyć (starsi ludzie w takiej sytuacji raczej rezygnują z jeżdżenia w ogóle niż decydują się na naprawę). Jeszcze tego samego wieczoru kolega Kamil zostawił w moim imieniu „karteczkę” za wycieraczką Fiata. Kilka dni później, właściciel zadzwonił. Traf chciał, że zadzwonił akurat w tygodniu moich najtrudniejszych egzaminów (sesja – nie polecam). Auto nie było „szczytem moich marzeń”, między innymi dlatego, że miało instalację LPG. Ale jak to mówią, „darowanemu koniowi…”. Właściciel wspomniał, że auto można normalnie holować, ale nie jeździ – „poszła” chłodnica. Mówię, że jestem tym Fiatem bardzo zainteresowany. Zapewniam sprzedającego, że na pewno jestem zdecydowany i kupię ten samochód. Kulturalnie proszę o wyrozumiałość, bo (ja student) mam teraz przed sobą ciężki tydzień (dzwonił w poniedziałek) i przyjadę po samochód, ale w sobotę. Dobrze, jesteśmy umówieni. Z rozmowy wynikało, że facet chce się pozbyć tego samochodu i cena nie przekroczy kilku setek. W głowie zrobiłem szybki kosztorys, wyszło mi, że koszt wszystkich części i lakieru (oczywiście, bez robocizny, wszystko we własnym zakresie) powinien zamknąć się w 1500 zł. Czyli niezły Deef za 2 tysiące. Następnego dnia udało mi się wygospodarować chwilkę między zajęciami, by podjechać pod wskazany adres. Liczyłem, że „na spokojnie” sobie obejrzę tego Fiata, bez właściciela, ocenię, czy jest jeszcze do czego spawać i tym samym ostatecznie się upewnię, że go „biorę”. Przeszedłem całą ulicę, wzdłuż i wszerz – nie ma go! Dzwonię do właściciela. „To już nieaktualne, przyjechał człowiek i go wziął”. W tym momencie przestałem być kulturalny i Grzyb usłyszał kilka cierpkich słów ode mnie. Rozłączyłem się, nie czekając na odpowiedź.
EPILOG: następnego dnia Fiat pojawił się u handlarza w Piasecznie za 1400 zł jako „na chodzie i po remoncie dwa lata temu”, ale oczywiście nadal rozbity. Nie zamierzam dzwonić.
Ależ bym go robił!

W moim przypadku nie sprawdziło się powiedzenie, że „do trzech razy sztuka”. Ale nie poddaję się, poszukiwania nadal trwają. Mam już kilka ładnych egzemplarzy „na celowniku”, a jak to nie wypali, to kto wie… Może czas udać się poza granice stolicy i w innych miastach czegoś poszukać… Czas pokaże, jeśli coś „upoluję”, to na pewno się pochwalę, a historię transakcji opiszę na niniejszym blogu. 

1 komentarz:

  1. A ja to bym podjął Ładę...generalnie jestem z tych niepoprawnych marzycieli i wierzę że kiedyś podczas spaceru jakimś osiedlem zobaczę otwarty garaż a w nim JEDYNĄTAKĄPREŁĘPRL od grzyba. I z tego powodu co jakiś czas urządzam sobie przechadzki w okolicach dużych skupisk garaży jak np na Wrzecionie czy w okolicach Anielewicza (kiedyś spotkałem tam przemiłego starszego właściciela piaskowej Favoritki w świetnym stanie, zresztą pisałem u siebie). A że to najprawdopodobniej nigdy nie nastąpi? No cóż, pomarzyć zawsze można :D

    Co do DFów to chyba ten ostatni czerwony byłby najsensowniejszym wyborem, zwłaszcza gdyby udało się go zrobić własnym sumptem. Kremowego WXB znam stoi na Starych Bielanach i rzeczywiście podłoga występuje wyłącznie w postaci tlenków i wodorotlenków żelaza.

    OdpowiedzUsuń